Na litość boską! Idź i nie wracaj!
Tak często myślę o pacjentach mojej pielęgniarki. Bo pacjentów można podzielić na kilka typów. Bo jest ON, czyli ja, inaczej zwany Prywatnym Pacjentem swojej Prywatnej Pielęgniarki. Jest atom męski, jest atom żeński, który wspólnie tworzy cząsteczkę zwaną związkiem.
Jest cała rzesza pacjentów szpitalnych. Ciche myszki, miłe babcie i dziadkowie, zboczone dziadki, amanci, napakowani twardziele o słowiczym sercu, upierdliwcy dzwoniący by zapytać o godzinę.
To co mi się podoba w mojej pielęgniarce, co mi imponuje, to ustalanie granic – co wolno, czego nie wolno. Bo na litość boską – to jest praca. Wyobrażacie sobie, by w Urzędzie Skarbowym powiedzieć do pani w okienku: Halinko, powiedz mi kochana, gdzie popełniłem błąd w zeznaniu podatkowym? Czy tylko ja mam wrażenie, że gdybym tak powiedział, Pani Halinka, pardon, Pani Halina, pardon do kwadratu – PANI urzędniczka uruchomiłaby zapadnię pod moimi nogami, strącając mnie do lochu (teraz już wiecie dlaczego w urzędach podłogi są wyłożone wielkimi kwadratowymi kafelkami – tam są zapadnie kierujące do lochów). Pielęgniarka to taki urzędnik, do którego trzeba mieć szacunek. To nie jest Madzia czy Halinka, a Pan pacjent nie jest Edkiem lub Antosiem. Moja pielęgniarka ustawia kilka cegieł tworzących mur – ja jestem Panią (pielęgniarką) a Pan jest Panem (pacjentem). I jeszcze jedno – Panie Edwardzie, czy na prawdę nie potrafi Pan używać innych słów niż: Kasieńko, zesrałem się?! Niech mi Pan wierzy Panie Edwardzie, to nie jest szanel numer pięć, pielęgniarki wiedzą, że coś się stało i zaraz Pana umyją. Na litość boską!
Wuj i ciocia to wujostwo. Starszy Pan i starsza Pani to… dziadostwo? Na polonistyce nauczyli nas – że nie tak się odmienia. Nie będzie tutaj do śmiechu, bo do starszych ludzi trzeba mieć szacunek. Ale pod jednym warunkiem – że oni też mają do nas szacunek. Chyba, że brak szacunku wynika z choroby, wtedy trzeba zacisnąć zęby i też mieć do nich szacunek. Ale jak nie mieć szacunku do miłej starszej osoby? Bezproblemowa, spokojna, no taka cicha myszka, która nie chce sprawiać kłopotu. Tacy pacjenci bardzo często traktują moją pielęgniarkę jak wnuczkę. Zmęczonym głosem mówią:
Ewelinko, podejdź proszę, i cóż, to akurat można wybaczyć, to nie jest brak szacunku, a rodzaj dziadkowej czułości. Zmierzam do tematu – ŁAPÓWEK! Bo starsi ludzie bardzo często wkładają w dłoń pielęgniarki cukierka, kwaśną landrynkę, jedno mersi (tak podziękuję ci) albo pomarańczę. I to jest miłe, to jest nawet zrozumiałe i nie widzę w tym nic złego. Ale nie! Na litość boską! To jest ŁAPÓWKA! Prokurator, sąd, i trzydzieści lat gułagu. Bo, według urzędników, to jest korzyść majątkowa. Więc co nie jest korzyścią majątkową? Z tego co dane mi było widzieć w prasie – zegarek za trzydzieści tysięcy złotych nie jest łapówką. Bo… tak sobie myślę – czas jest bezcenny? Wycieczka dla dyrektora i całej rodziny, w takie tam, mało atrakcyjne tereny jak Karaiby, to też nie jest łapówka, mimo że kosztuje z dziesięć tysięcy naszych srebrników. Dlaczego? Bo to nie jest nic materialnego – to są emocje i wspomnienia, a to też jest bezcenne.